Wersja elektroniczna:
Kup teraz! (1,23zł z VAT)
Pamiętam lata dziewięćdziesiąte, gdy korzystając z zewnętrznego modemu o porażającej mocy 11 kb/s poznawałem przestrzenie raczkującego polskiego internetu. Pamiętam pojawienie się Interii, rewolucyjny program do wysyłania darmowych smsów – Sms Express i pierwsze Gadu Gadu.
Tym co powodowało, że narażając się na budżetowe awantury z rodzicami, daliśmy się porwać w sieci, była niczym nieskrępowana wolność ówczesnego Internetu. Wolnego dosłownie i w przenośni.
W technicznym słowa znaczeniu, za koszmarne pieniądze dostawaliśmy ślimaczy i awaryjny przesył danych. Taką płaciliśmy cenę za swobodę wypowiedzi. W czasach, gdy życie społeczne prowadziło się za pomocą mIRC’a i list dyskusyjnych nikt się nie spodziewał, że Internet pójdzie w kierunku totalnej inwigilacji. Na przyszłość sieci patrzyliśmy jak na szansę rozwoju ludzkości. Sam fakt ściągania muzyki z internetu oraz tworzenia własnych, pokaźnych kinotek oznaczał prawdziwą rewolucję. Rewolucję intelektualną, dostęp do szeroko pojętej wiedzy i możliwość samorealizacji. Któż z nas nie poświecił w życiu choć kilku godzin chłonąc wiedzę z tworzonej przez internautów Wikipedii?
Zapaleńcy w HTMLu sami tworzyli sobie strony internetowe. Dla nadania im profesjonalnej otoczki, umieszczanym na bezpłatnych kontach hostingowych portali witrynom nadawaliśmy domeny w aliasach prv.pl, w.pl i z.pl. Wtedy też zaczęły pojawiać się reklamy. Z czasem coraz to bardziej i bardziej irytujące. Przyzwolenie na komercję w sieci stale rosło. W końcu to komercja finansowała rozwój internetu, a my ją pokochaliśmy. Zwłaszcza Allegro, gdzie każdy wyklikał kiedyś „prawdziwą okazję”. Nie zawsze okazja była nią w rzeczywistości, ale policja z coraz większą skutecznością ścigała internetowych oszustów. Z butami wkroczyły rozmaite płatne usługi, a media ze zwiększającą się częstotliwością informowały o nalotach, jakie policja robiła ściągającym z torrentów internautom.
Coraz większy i lepszy technicznie Internet wchłonął miliony. Surfować zaczęli starcy, dzieci, matki, żony i kochanki. Co oczywiste, drastycznie pogorszyła się merytoryczna jakość wypowiedzi.
Złowione w sieć kilkanaście milionów Polaków stanowi niesamowicie łakomy kąsek dla międzynarodowej finansjery. Finansjera tworzy media po to, aby zarabiać. Finansjera wydaje płyty, też po to, aby zarabiać i po to inwestuje forsę w rozwój nowych technologii, aby zarabiać jeszcze więcej. Tymczasem na świecie ośmielają się być ludzie, którzy nie kupują płyt i trzymają się zawartej w czasach tworzenia Internetu umowy społecznej stanowiącej, że jest on przestrzenią wolną i niezależną. Na tyle wolną na ile jest to możliwe.
Jak każda przestrzeń potrzebuje on pewnych regulacji, jednak nie mogą one w żaden sposób ograniczać wolności globalnej sieci. W zwalczaniu pospolitej przestępczości Internet może być wyśmienitą pomocą dla stróżów prawa. Tym bardziej, że w nieskrępowanym idiotyzmie przestępcy niejednokrotnie lekkomyślnie pozostawiają w sieci dowody swoich czynów. Internet pozwala także bardzo skutecznie zwalczać pedofilię. Pedofilów ochoczo pomagają łapać sami internauci. Tak więc rozsądna współpraca państwa i społeczności wirtualnej jest jak najbardziej możliwa. Źle się jednak dzieje, gdy w sporze pomiędzy panem a wójtem pojawia się jeszcze pleban. Pazerny klecha w postaci wielkich korporacji. Wymyśliły one, że jeżeli państwo już jako tako potrafi kontrolować globalny Internet, to umiejętnie nazywając korzystających z wolności internautów złodziejami, będzie ich można przymusić, aby kupowali drożej i więcej.
Co ma z tego państwo? Zyskuje cztery razy. Raz - bo korporacje to kasa, a jej państwo potrzebuje zawsze. Dwa - zyskuje polityk jeden czy drugi, bądź cała banda polityków. Zyskują bardzo osobiście, bo korporacje są hojne, a po odejściu z polityki, co się po „wtopie” kiedyś zdarzy, jakaś robótka zawsze się znajdzie. Trzy – zyskuje taka czy inna opcja polityczna, bo korporacje to media, a media to wybory, wybory to władza. Cztery – władza to wojsko, wojsko to specsłużby, specsłużby to inwigilacja. Kontrola na zlecenie polityków, pod płaszczykiem i w interesie korporacji. Jak już wiemy interes korporacji to kasa, której z kolei potrzebuje państwo. I kółko się zamyka. Nie dziwią zatem międzynarodowe inicjatywy, że oto rządy w tajemnicy negocjują z korporacjami międzynarodowy układ zamieniający zarzuconą na nas niegdyś sieć w tytanową klatkę. Nie dziwi też głupkowate zażenowanie na twarzach grupy trzymającej władzę, w chwili gdy grupa nastoletnich hakerów wyłożyła ich chronioną, nowoczesną i niezawodną sieć Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Ministerstwa Obrony Narodowej. Bo jak tu się zachować w obliczu katastrofy, gdy na tydzień przed podpisaniem cichcem kontrowersyjnej umowy rozpętała się medialna zadyma?
Światowe protesty przeciwko układom SOPA czy ACTA są uzasadnione. Można wręcz powiedzieć, że są one samoobronnym mechanizmem chylącej się ku upadkowi sieci. Internet wciągnął miliony, gdyż kiedyś był synonimem wolności. Obwarowany bezdusznymi przepisami upadnie tak szybko jak się narodził. Kto chciałby tkwić w poddanej totalnej kontroli, brudnej klatce, za pobyt, w której dodatkowo należy słono zapłacić?